Ręczę za swoich piłkarzy. Wiem co potrafią i jak pracowali. I jestem pewien, że ci którzy dołączyli do zespołu zimą, są w stanie poprawić jakość tej drużyny - mówi Sport.pl trener Widzewa Marek Zub.

Bartłomiej Derdzikowski: Wszystko gotowe, można zaczynać?


Marek Zub: Piłkarze gotowi, boisko gotowe. Okres przygotowawczy zakończyliśmy ostatnim sparingiem w Turcji. Czekamy na pierwszy mecz, szykujemy się już teraz bezpośrednio do niego.

Zimowe przygotowania przebiegały zgodnie z planem?


- Jestem z nich bardzo zadowolony. Z miejsc, w których byliśmy, z warunków, z tego, co zrobiliśmy i przede wszystkim z naszych przeciwników w meczach sparingowych.

Ich nazwy nie rzucają jednak na kolana...


- Może i nie, ale jakie to ma za znaczenie w okresie przygotowawczym? To były solidne zespoły z ligi ukraińskiej, bułgarskiej i białoruskiej. Postawiły nam duże wymagania, zarówno pod względem motorycznym, jak i taktycznym.

Meczu z nimi jednak nie wygraliście.


- Ale też nie przegraliśmy.

Jeden tak, z Lokomotiwem Płowdiw.


- No tak, ale do wyników nie przykładam wagi. Każdy, kto kiedyś widział sparing w Turcji, wie, że gra się tam w specyficznych warunkach i mecze często kończą się bijatykami. Duży wpływ na to mają sędziowie. Prowokują, wypaczają wynik. Na szczęście w dwóch pierwszych meczach arbitrzy byli naprawdę dobrzy. Dwa następne prowadził ten sam sędzia, znany właśnie z takiego zachowania. W pojedynku z Szachtarem Soligorsk robił wszystko, by nasi rywale zremisowali. I tak też się stało, chociaż nie mieli ani jednej bramkowej okazji. Podobno piłkarze niektórych drużyn dostają pieniądze za dobre wyniki w sparingach i być może to jeden z powodów, że sędziowie dziwnie się zachowują. Na szczęście my się nie biliśmy.

Zgrupowania więc udane, sparingi udane. A co z drużyną? Jest silniejsza niż jesienią?


- Jestem o tym przekonany w 200 procentach. Widzew gra teraz zdecydowanie inaczej, bardziej agresywnie. Zgodnie z najnowszym mottem "Widzew można ugiąć, ale nie można go złamać".

Czyli paradoksalnie, degradacja Widzewa spowodowała, że w piłkarzach obudził się duch walki, widzewski charakter?


- Absolutnie nie. Dla piłkarzy temat degradacji w ogóle nie istnieje, nie mówi się o tym i nie myśli. Takiego problemu nie ma. Być może ten temat pojawi się po zakończeniu sezonu, ale teraz nie ma to żadnego wpływu na zachowanie zawodników i ich podejście do gry.

Ale gdyby nie było degradacji, to Zbigniew Boniek nie wypowiedziałby słów, które teraz są mottem Widzewa.


- Moim zdaniem Zbigniew Boniek miał na myśli ogólną sytuację klubu i chęć powrotu do przeszłości - do boiskowej walki, zaangażowania, determinacji, charakteru.

To nie zagwarantuje wygranych meczów. Potrzeba też dobrej drużyny i transferów. A wielkich wzmocnień to wy nie zrobiliście.


- Są wielkie wzmocnienia.

Czyżby? Stoper z drugiej ligi greckiej, młody napastnik z ostatniej drużyny ekstraklasy, kolejny z drugiej ligi japońskiej i jeszcze jeden, który nie strzela goli. Z wrażenia nie spadłem z krzesła, jak zapowiadaliście...


- Zgodzę się, że nie brzmi to fantastycznie. Ale jakie nazwisko mogłoby kibiców zrzucić z krzeseł? Ja takiego nie znam. Popatrzmy na to inaczej: szukaliśmy zawodników, którzy dobrze grają w piłkę, takich, którzy pasowaliby do naszej koncepcji gry i mieli odpowiedni charakter. Może dobrze się stało, że piłkarzem Widzewa nie został Vuk Sotirović. Ostatnio znów ma jakieś problemy i dobrze, że nie dotyczy to naszego klubu. Może tak miało się to wszystko potoczyć? Wracając do transferów, które doprowadziliśmy do skutku, to jestem z nich bardzo zadowolony. U każdego z nowych graczy widzę duże możliwości i zaangażowanie. Zapewniam, że pod wieloma względami ta drużyna jest lepsza niż jesienią.
Właśnie jesienią mówił pan, że trzech stoperów w kadrze to za mało. Tymczasem sprowadziliście Wojciecha Szymanka, ale wyrzuciliście Josepha Oshadogana i znów macie ich tylko trzech.


- Nie wyrzuciliśmy, tylko zrezygnowaliśmy z niego. Nie przyjął roli, jaką dla niego mieliśmy. Poza tym mamy czterech stoperów. Jest jeszcze Radosław Kursa.

Jesienią też był w kadrze, ale wtedy go pan nie liczył. To znaczy, że teraz ma szansę na grę w lidze?


- Zrobił bardzo duży postęp. Duży wpływ miała na to jego postawa w reprezentacji Polski [U-19 - przyp. red.]. Rozmawiałem z trenerem Jackiem Dziubińskim. Radek spełnił oczekiwania, grał z silnymi rywalami i spisywał się dobrze. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że Widzew ma czterech stoperów. Ze wszystkich jestem bardzo zadowolony.

Nie udało się wam sprowadzić środkowego pomocnika.


- Znaleźliśmy takiego - Gabora Vayera. Okazało się jednak, że jego klub [FC Fehervar - przyp. red.] nie działa tak profesjonalnie, jak stara się to robić Widzew. To, jak zachowali się węgierscy działacze, było nie do przyjęcia i dlatego zrezygnowaliśmy z tego transferu.

A nie ma pan pretensji do działaczy ŁKS za to, że sprzątnęli wam tego piłkarza sprzed nosa?


- Co mogę powiedzieć? To nie moja sprawa. Moją sprawą było to, że chciałem Vayera w Widzewie. Został bardzo dobrze przyjęty w drużynie, bardzo dobrze zaprezentował się w dwóch sparingach. Bardzo pasowałby do drużyny. Nie udało się go ściągnąć do nas na stałe, więc trudno.

Kto bardziej podniósł panu ciśnienie - Sotirović, który w ostatniej chwili zrezygnował z przejścia do Widzewa, czy właśnie Vayer?


- Zdecydowanie Sotirović. Jeśli ktoś zmienia zdanie w ostatniej chwili i nie potrafi tego uzasadnić, to ja zupełnie tego nie rozumiem. I bardzo czegoś takiego nie lubię. Każdy powinien odpowiadać za to, co mówi, bo słowo jest droższe od pieniędzy.

Szukacie jeszcze środkowego pomocnika?


- Jeśli na rynku pojawi się ktoś, kto wzbudzi nasze zainteresowanie, to podejmiemy temat. Ale na razie takiego piłkarza nie ma. Na siłę nie ma sensu kogoś szukać. W tej chwili mamy 29 piłkarzy, do ligi można zgłosić 25, więc kogoś będę musiał pominąć i umieścić na liście B.

W kadrze jest sporo napastników. Sokalski, Grzelczak...


- Sokalski, Grzelczak, Gustavo, Napoleoni, Kowalczyk...

Gustavo to uzupełnienie kadry?


- Tak mówiłem od początku. Na razie ciężko mu się zorientować, na czym opiera się polska piłka nożna. W sparingach albo zabierali mu piłkę, albo leżał i się dziwił.

Ale będzie z niego piłkarz?


- Uważam, że będziemy mieli z niego korzyść. Na pewno będzie dobrym uzupełnieniem kadry.

Klub zwykle informuje o podpisaniu kontraktu z nowym piłkarzem. O Gustavo nie było takiej informacji. Jest piłkarzem Widzewa czy jeszcze nie?


- Oczywiście, że jest.

Napoleoni jest już gotowy do gry? Pytam, bo miał kłopoty zdrowotne, a dla kibiców to ważny piłkarz.


- Nie będę stawiał na kogoś tylko dlatego, że jest ulubieńcem kogokolwiek - kibiców czy prezesa. To ja podejmuję decyzję o tym, kto gra. Stefano miał kłopoty zdrowotne, ma duże zaległości, ale bardzo stara się je nadrobić.

Narzekał pan jesienią, że zapomina o zadaniach defensywnych. Poprawił się?


- Nie da się tego poprawić w ciągu dwóch tygodni czy nawet miesiąca. Ale pracujemy nad tym. A tak w ogóle, to chciałbym uniknąć rozmowy na temat jakiegoś zawodnika tylko dlatego, że jest czyimś ulubieńcem. W kadrze są też inni piłkarze.

O Łukaszu Mierzejewskim powiedział pan, że czeka go runda życia. To pana ulubieniec?


- Tak samo jak Stefano, Przemek Oziębała czy ktokolwiek inny. Nie mam sympatii czy antypatii. Powiedziałem tak o Mierzejewskim, bo widzę, jak pracuje. Wiem, jakie miał dotychczas problemy i widzę, że to już przeszłość.

Jesienią Widzew nie wygrywał za często. Jak przekona pan kibiców, że teraz będzie inaczej?


- Nie będę ich przekonywał. Zrobi to drużyna.

Ręczy pan za piłkarzy?


- Oczywiście, także dlatego, że taka jest moja rola. Wiem, co moi zawodnicy potrafią, wiem, jak pracowali, i wiem, że ci, którzy dołączyli zimą, są w stanie poprawić jakość tej drużyny.

Na zgrupowaniu w Turcji byli z wami prezes, wiceprezes, a nawet właściciel klubu Sylwester Cacek. Nie przeszkadzało to panu w pracy?


- Cieszyłem się z tego. Po pierwsze - wiceprezes, prezes i właściciel mogli przekonać się, jak pracują zawodnicy. Po drugie - piłkarze mieli z nimi bezpośredni kontakt. W którym klubie tak jest? W którym klubie zawodnik może swobodnie, bez barier, porozmawiać z szefami, z samym właścicielem? Widzew to klub rodzinny, tak buduje się atmosferę. Nie chcemy, by było tak, że piłkarz ma formalną umowę z pracodawcą i czeka na wypłatę. Pan Cacek z nimi rozmawiał, razem jedliśmy posiłki, graliśmy w tenisa, w kręgle.

Pan grał z Cackiem?


- Z nim nie, ale z prezesem Bogusławem Sosnowskim. I nie mogłem z nim wygrać. To profesjonalista wśród swoich rówieśników. Jestem młodszy o kilkanaście lat, ale nie mogłem mu dać rady. Tenis, tak jak piłka nożna, to nie tylko bieganie. Liczą się też technika i głowa.