Lokalne stowarzyszenia wędkarskie już na dobre wpisały się w przysłowiowy nadwiślański krajobraz. A raczej: wpisały się ponownie, bo nie chodzi mi tylko o ostatnie dwa dziesięciolecia, w których zresztą pokazały się z najlepszej strony. Równie ważne są tu czasy międzywojenne i jeszcze wcześniejsze aż od końcówki XIX wieku. Towarzystwa wędkarskie działały w Polsce jeszcze przez kilka lat po drugiej wojnie światowej, ale szybko zostały zlikwidowane państwowym nakazem (co zresztą na dziesięciolecia wyznaczyło obowiązujący wzorzec zarządzania wodami...), ich majątek zaś "uspołeczniono", a dorobek - mimo kilku pozytywnych aspektów nowego modelu organizacji wędkarstwa - stopniowo zaprzepaszczano.
Obecnie działające towarzystwa są więc kontynuacją tradycji i powrotem do najbardziej naturalnej i wydajnej formy zarządzania łowiskami śródlądowymi. Zapytacie pewnie, czemu akurat tę formę uważam za najbardziej naturalną i wydajną. To bardzo proste - skrzykuje się kilkunastu wędkarzy, którym leży na sercu rybność pobliskich wód, i zaczynają pracować, aby stworzyć z nich dobre łowiska. To jest jak najbardziej naturalne. A efektywność? Nasi wędkarze chcą mieć rybne, czyste i wygodne łowisko, więc je zarybiają, i to zarybiają z sensem, sprzątają je i zagospodarowują, żeby mieć gdzie miło spędzać czas. Działają we własnym interesie, wszystko finansują sami, więc nie stać ich na marnotrawstwo. Traktują wodę jak swoją, więc pilnują jej przed złodziejami jak osobistej własności. Nie marnują wody i ryb, bo kto przy zdrowych zmysłach marnowałby własny dobytek? I pieniędzy również, bo tam na ogół obowiązuje równanie: składki plus praca własna równa się woda plus ryby. Nie ma "czapy", nie ma marnotrawstwa środków, bo ludzie są na swoim, a nie na wspólnym, czyli niczyim.
Wszystkim wędkarzom, nawet - paradoksalnie - zrzeszonym w PZW i przeciwnym idei lokalnych stowarzyszeń wędkarskich, powinno zależeć na tym, aby jak najwięcej odcinków rzek miało takich gospodarzy. Takie właśnie fragmenty wody stają się matecznikami okazów. Wody dzierżawione przez towarzystwa są na ogół bardzo rybne, a ryby, jak wiadomo, granic obwodów rybackich (to nieprzyjemne słowo...) nie uznają i czasem urządzają sobie wędrówki, na których korzystają wędkarze okupujący brzegi sąsiednich odcinków.
Nie ma niczego złego w ogólnokrajowej organizacji zrzeszającej środowiska wędkarskie. Taka koncepcja powstała już w czasach międzywojennych. I nic dziwnego, bo tylko w ten sposób można wspierać choćby restytucję rzadkich gatunków ryb wędrownych, sport wędkarski itd. Ale to powinno być dobrowolne zrzeszenie stowarzyszeń wędkarskich zajmujące się tylko sprawami w skali ogólnokrajowej. Sprawy lokalne najlepiej zostawić organizacjom działającym lokalnie. Organizacja krajowa pasuje do nich jak przysłowiowa pięść do oka. Czyli - można dopasować, ale efekty takiego dopasowania bywają opłakane.
Znajdziesz nas na: