Klasyka. Długość: niecałe dziewięćdziesiąt minut. Sceneria: małe amerykańskie miasteczko, a w nim duży, jasny dom wielkim ogrodem, z małą przystanią tuż nad Oceanem. Główna bohaterka: ciemnowłosa nastolatka, trochę emo, trochę zmysłowa, właścicielka wielkich oczu i ponętnych ust. Drugi plan: jej trochę brzydsza, również ciemnowłosa siostra; ojciec, kochający rodzinę pisarz; zła macocha; umięśniony młodzieniec, przyjaciel głównej bohaterki. Nastrój: z lekka przerażający. Co chwila pojawiają się jakieś duchy, jakaś krew wycieka z zamku w drzwiach, jakieś pokawałkowane ciało wysypuje się z worka na śmieci. Fabuła: Anna (Emily Browning) właśnie wróciła ze szpitala psychiatrycznego, w którym została zamknięta po nieudanej próbie samobójczej, będącej konsekwencją śmierci matki dziewczyny. W domu czeka na nią jej siostra Alex (Arielle Kebbel), tata Steven (David Strathairn) i jego przyjaciółka Rachael (Elizabeth Banks), która za wszelką cenę chce się przypodobać nowo przybyłej. Ta jednak, podobnie jak Alex, stara się trzymać ją na dystans. Nie podoba jej się, że ojciec tak szybko znalazł sobie nową kobietę, która jeszcze niedawno była tylko pielęgniarką jej chorej matki. Co więcej, Anna jest przekonana, że Rachael zabiła swoją pacjentkę. Utwierdzają ją w tym różne dziwne znaki, które otrzymuje we śnie albo na jawie, podczas cudownych objawień. Niestety, ojciec jest głuchy na słowne argumenty, dlatego Anna przy pomocy Alex próbuje zdobyć jakieś twarde dowody. Rozpoczyna śledztwo. Pierwszy film pochodzących z Anglii braci Guard (Thomasa i Charlesa) to rzecz maksymalnie sprasowana i sformatowana, dająca widzowi komfort zadomowienia. Nie ma tu nic czego nie moglibyście się spodziewać. „Nieproszeni goście” to łagodny dreszczowiec w sam raz na letni wieczór. Ludzie są piękni, pogoda słoneczna, woda lazurowa i ciepła. Nikt nie znęca się nad ludzkim ciałem, nie ma żadnych esesmanów-kanibali ani żadnego Jigsawa. Nikt nie ma zamiaru straszyć nas tutaj na śmierć. Jeśli nawet pojawia się coś strasznego, to dopiero po wyraźnym sygnale, że zaraz coś takiego się zdarzy, co daje widzowi okazję przygotować się na ten efekt. Jedno trzeba braciom Guard przyznać – nieźle dobrali aktorów. Młoda australijska aktorka Emily Browning jest wręcz stworzona do ról wrażliwych nastolatek potrafiących nawiązać kontakt z zaświatami. Jest w niej coś niewinnego, a zarazem coś niepokojącego. David Strathairn, choć szkoda go do takich filmów, też wypada nieźle jako zahukany pantoflarz, który prędzej zobaczy drzazgę w oczach córek niż belkę w oku kochanki. Całość charakteryzuje się całkiem ciekawą dramaturgią. Na początku pojawia się przebój Kings of Leon, potem jest standardowy wypełniacz (zgodnie z normą napięcie ciągle rośnie), aż na scenę wkracza spektakularny finał z obowiązkową wywrotką, która pokazuje, że nic nie było tym, czym wydawało się być. Szkoda tylko, że w kontekście całości nie wydaje się ta wywrotka specjalnie logiczna. Tak czy inaczej diametralnie zmienia wymowę filmu. Zamiast morału: uważajcie na matrymonialnych naciągaczy, otrzymujemy inną przestrogę: nie wierzcie specjalnie w pomoc psychiatrów. Może wyrządzić ona bowiem więcej szkód niż przynieść korzyści. Lekko przemodelowałbym tę myśl: zapomnijcie o terapiach, chodźcie częściej do kina.
Znajdziesz nas na: