Pokaż wyniki od 1 do 1 z 1
Poznasz przystojnego bruneta/You Will Meet a Tall Dark Stranger
  1. #1
    Użytkownik Awatar bogkar7010
    Dołączył
    23.11.2010
    Mieszka w
    Białystok
    Posty
    62
    Wątków
    50
    Siła reputacji
    4

    Domyślnie Poznasz przystojnego bruneta/You Will Meet a Tall Dark Stranger

    Allen i cała reszta

    Gdy czytam liczne negatywne opinie internautów o najnowszym filmie Woody Allena „Poznasz przystojnego bruneta”, to kojarzą mi się one z narzekaniem dziecka, które podczas przyjęcia sięgnęło po kieliszek z winem wytrawnym i teraz krzywi się rozczarowane. Do kina autorskiego, nie tylko zresztą tworzonego przez Woody Allena, trzeba po prostu dojrzeć. Tak jak do wina z dużą ilością garbników.

    Oglądam filmy Woody Allena od wielu lat i nie ulega dla mnie wątpliwości, że chociaż najlepsze jego dzieła powstały w ubiegłym stuleciu, to i tak utrzymuje on fantastyczny poziom, zwłaszcza że przecież co roku wypuszcza nowy film. Twierdzę, że „Poznasz...” jest co najmniej na poziomie obrazów ze Scarlett Johanson, będących moimi ulubionymi dziełami Allena z ostatnich lat.

    W najnowszym filmie Allen wraca do swoich ulubionych motywów fabularnych, znanych sprzed lat. Jeden z nich to starzejący się mężczyzna który związuje się z młodą kretynką, której jedynym atutem jest wulgarna seksualność. Ten wątek po mistrzowsku w „Mężach i żonach” zagrali nieodżałowany Sydney Pollack i Lysette Anthony. Tym razem możemy podziwiać świetnego, autoironicznego Anthony Hopkinsa i Lucy Punch, która jest jakby stworzona do tej roli. Zauważmy, że odtwarzana przez nią postać prostytutki – inaczej niż w 99% filmów – bynajmniej nie jest osobą o złotym sercu.

    Kolejny typowo allenowski motyw to wróżbiarstwo, spirytyzm, etc. Do niego nawiązuje już sam tytuł filmu, mający formę przepowiedni. Jej adresatką jest pierwsza z przedstawionych nam bohaterek – Helena, grana przez Gemmę Jones (tutaj tak samo stylowo angielską jak wówczas, gdy grała matkę Bridget Jones). Sprytna wróżka serwuje nieszczęśliwej Helenie na zmianę whisky i pomyślne przepowiednie, stwarzając pozory duchowego wsparcia. Tak przynajmniej sądzi jej córka Sally (w tej roli znakomita Naomi Watts), ale tylko do czasu, gdy okazuje się, że niekorzystna koniunkcja planet „uniemożliwia” matce udzielenie córce wysokiej pożyczki.

    Poza znanymi wątkami, które dla wytrawnego fana Woody Allena są jak standardy jazzowe, zawsze warte kolejnych opracowań, zaskoczyło mnie tempo filmowej narracji. Montaż jest dynamiczny, filmowe lokacje zmieniają się bardzo często, podobnie jak poszczególne wątki i bohaterowie. Np. gdy Sally wybiera się do opery ze swoim przystojnym szefem (gra go Antonio Banderas) jesteśmy na przedstawieniu dosłownie przez kilka sekund. Allen opowiada szybko, ale precyzyjnie. Opisuje sytuacje i charakteryzuje postaci jak gdyby rysował piórkiem – kilka pewnych ruchów ręki starego mistrza i już wiemy i widzimy to co trzeba.

    Język filmowy jest językiem stworzonym do opisywania sytuacji spektakularnych lub co najmniej wyrazistych. Łatwiej pokazać w kinie, jak ktoś strzela, biegnie lub całuje, niż jak waha się lub zastanawia. A właśnie Allen jest w tej trudniejszej sztuce doskonały. Zwracam uwagę na scenę w samochodzie, gdy Antonio Banderas odwozi do domu po wieczorze w operze Naomi Watts. Szef oddanej asystentki stracił dużo ze swojej profesjonalnej rezerwy pod wpływem muzyki i alkoholu, ona tym bardziej. Patrzą sobie w oczy, milczą w pełnym napięcia oczekiwaniu, nawet lekko pochylają się ku sobie... i nic się nie dzieje. Chwila minęła. Żegnaj, chwilo!

    Kiedyś złośliwi (i zazdrośni) krytycy zarzucali Allenowi, że umiejętnie wybiera do ról w swoich filmach piękne młode aktorki, żeby je obcałowywać na planie. Tutaj Allen nie występuje (więc i nie całuje), ale umiejętności castingowe pozostały. Dowodem jest prawdziwa ozdoba tego filmu, piękna Freida Pinto, znana ze „Slumdoga”. „Zawsze chciałam być czyjąś muzą” mówi grana przez nią postać, a widz zabiera się za pisanie wiersza (lub przynajmniej recenzji...) .

    Można Allena nie lubić, mamy przecież wolność i demokrację. Zygmunt Kałużyński pisał kiedyś, że tematyka filmów Allena jest taka, jak XIX-wiecznych bulwarowych sztuk francuskich, z perypetiami rozgrywającymi się w małżeńskich trójkątach i czworokątach. Jednak zupełny brak, choćby niechętnego, uznania dla poziomu sztuki filmowej Woody Allena uważam za zwykłą ignorancję. Do takich osób mam jedno pytanie: czy znają innego reżysera, w którego filmach będące u szczytu kariery gwiazdy kalibru Julii Roberts czy Scarlett Johanson wystąpiły za ułamek swojej regularnej gaży? Podejrzewam, że żadne nazwisko nie padnie, ponieważ Woody Allen jest niepodrabialny i niepowtarzalny. Dlatego ma zagwarantowane godne miejsce w historii kina, o czym zarówno gwiazdy jak i ich agenci doskonale wiedzą.

    Zapraszam na stronę: www.rekomendacje.npx.pl
    Uwaga: To jest stary temat
    Ta dyskusja jest starsza niż 90 dni. Informacje w niej zawarte mogą już nie być aktualne
    Ostatnio edytowane przez bogkar7010 ; 11.03.2011 o 06:52