Recenzja gry "Ascension to the Throne"
Fajnie jest być królem. Ma się kasę, liczną służbę, podległe wojsko i całą kupę innych atrakcji. Gorzej jednak, kiedy nasze szczęście jest drzazgą w oku kolegom po fachu (czyli – innym królom). Doświadczył tego władca Airath, Aleksander. Jego ziemie zostały najechane, napastnicy wtargnęli do zamku i - mimo bohaterskiego poświęcenia ze strony gwardii pałacowej – dotarli aż do Sali Tronowej. Aleksander dzielnie stawił czoła napastnikom i być może przeszedłby nawet do kontrataku, gdyby nie przebrzydły Wulfgar, jego osobisty mag. Zdradził i uderzył w plecy swego pana czarem tak potężnym, iż Aleksandra rozbiło na atomy, zaś złożyło z powrotem – niemal nagiego, nie licząc spodni – w krainie Oganthar, gdzie nikt o nim nie słyszał. Ba, mało tego – władyka pobliskiego zamku, Siggurd, kazał go obić jako włóczęgę i cisnąć w leśne chaszcze. Gdyby nie przypadkowo przechodzący tamtędy uzdrowiciel, królowi by się zeszło. Jednak miły staruszek postawił go na nogi i oto wcielamy się w pałającego zrozumiałą żądzą zemsty Aleksandra.
Gra
Ascension to the Throne to dość oryginalne połączenie dwóch typów gier – RPG ze strategią turową. Oryginalne i co warto zauważyć - udane.
W części fabularnej łazimy Aleksandrem po krainie, rozmawiając z ludźmi (i nie tylko), odkrywając kolejne lokacje i wykonując rozmaite zadania. Mamy tu widok z pozycji osoby trzeciej, jednak dzięki trybowi swobodnej kamery możemy obserwować ładne widoczki z różnych pozycji, a nawet z lotu ptaka, kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Nasz heros jest początkowo goły i wesoły, jednak podczas gry zdobywamy coraz to lepsze oręże i stroje. Alek potrafi czarować, jednak szok spowodowany teleportacją odebrał mu pamięć i wszystkie znane do tego momentu czary (których używamy wyłącznie w bitwach), tak więc musi kupować je od napotykanych magów. Potrafi także nieźle przyłożyć samą pięścią, o czym już na samym początku przekona się dwóch chłopków-roztropków z pobliskiej wsi.
Kryć się! Pielgrzymka!
O naszych mocach decydują statystyki. Nie ma tu żadnego rozbudowanego drzewka z setką umiejętności (ba, w ogóle ich nie ma) i drugą setką cech. Po zdobyciu doświadczenia i awansowaniu na kolejny poziom możemy podnosić liczbę punktów życia (ważna cecha, radzę wydawać na nią wszystko przez kilka pierwszych poziomów), siłę uderzenia Aleksandra, moc rzucanych przez niego zaklęć oraz odporność na magię skierowaną przeciw niemu. Mamy też jeszcze jedną ważną cechę – Autorytet, który jest nam potrzebny do rekrutacji oddziałów. Im wyższy – tym lepsze jednostki możemy dołączyć do naszej armii. Współczynnik ten zwiększamy przez wykonywanie misji, przydatne gadżety (np. Pierścień Autorytetu podnosi nam go o 60 punktów), wygrywane bitwy i awans na kolejny poziom.
Wybierzcie mnie na króla
Fabuła jest liniowa, lecz kolejność wykonywania mniej ważnych misji dowolna. W gruncie rzecz nawet nie musimy ich wykonywać, lecz zawsze to więcej doświadczenia zdobędziemy. Misje poboczne są zróżnicowane i życzyłbym sobie we wszystkich rpg-ach takiej inwencji autorów, jak tutaj. Np. jednym z zadań jest konkurs picia piwa. W innym musimy pomóc kowalowi wbić koło do katapulty – kilka kliknięć myszką i siła Aleksandra rośnie o 20 punktów. Są też „klasyki”, czyli eksterminacja konkretnego typa w zamian za coś. Nagrody takoż są różne – nierzadko mamy wybór jednej z 2-3. A do głównych misji wracając – tu już chodzi o sól tej gry, czyli walkę zespołową, więc przechodzimy do tego, co tygrysy lubią najbardziej - działu bitew.
Latoś wilkami obrodziło
Sól gry
Jak znaleźć wroga? Ano proste. Chodząc Aleksandrem spotykamy tu i ówdzie krąg ognia. Wyznacza on teren grasowania znajdującej się na nim bandy (nie ma w Ascension żadnych spotkań losowych!). Wystarczy wejść i zaakceptować stoczenie boju. Plansza walki podzielona jest na hexy – po jednej stronie stoi nasza armia, po drugiej wróg. I chwała twórcom – nie ma tu głupotki z Heroes`ów, gdzie jeden wieśniak zajmował na polu walki tyle samo miejsca, co stu rycerzy. Jeśli mamy 9 wieśniaków – zajmują 9 hexów, jeśli jednego – jeden. Nasza armia może sobie liczyć maksymalnie 10 oddziałów po 20 jednostek, więc największa bitwa toczy się z udziałem 400 indywidualnych postaci! Każdy oddział ma swoją szybkość, pierwszy ruch należy do tego z największą, a potem idzie to w dół. Jednostki mogą walczyć wręcz, strzelać (jeśli mają czym) lub czarować (jeżeli potrafią). Bitwy w tej grze mają to do siebie, że wymagają myślenia. Przewaga liczebna nie gwarantuje nam zwycięstwa. Np. mamy 3 wilkołaki, każdy zadaje np. 100 obrażeń. Atakują 9 chłopów, z których każdy ma 9 punktów życia. Wilkoludy nie rozniosą ich jednak od razu – jedna jednostka atakuje w rundzie jedną, więc wybijemy 3 chłopów. Trzeba więc 3 ataków, aby odnieść sukces, ale ocaleli chłopi zdążą przyłożyć co najmniej jednemu naszemu lykantorpowi. Przyda się umiejętność przewidywania.
Nasze oddziały ustawiamy w prostym interfejsie armii – mamy rząd pierwszy i drugi. Jeśli mamy np. 2 oddziały, w jednym 3 łuczników, a w drugim 4, możemy połączyć ich w jeden 7-osobowy. Co irytujące a głupie – rozdzielić takiej paczki się nie da i to jeden z nielicznych minusów gry.
Strach się bać
Na początku jednostki, które rekrutujemy, zaliczają się do słabizn, potem jednak sytuacja się zmienia – odkrywamy nowe lokacje i miejsca, gdzie np. możemy rekrutować żywotne niedźwiedzie czy morderczo skutecznych i diablo wytrzymałych myrmidionów. Spotykamy również proporcjonalnie silniejszych wrogów, więc każda bitwa zmienia się we wspaniałe widowisko. Czasem mamy kilka starć pod rząd, gdzie nie ma przerw rpg-owych. Staczamy parę bitew bez możliwości uzupełnienia armii czy też rozwinięcia Aleksandra. To już wyższa szkoła jazdy, ale i 100% bardziej emocjonująca.
Patrząc i słuchając
Grafika dopracowana jest starannie, zarówno jeżeli chodzi o tereny dzikie, jak też i zabudowane. Postaci jednostek zrobione są jednak sztampowo – każdy łucznik wygląda tak samo, każdy apostata to brat-bliźniak innego. Ale to nie dziwi przy takiej ilości sylwetek występujących w grze. Bohaterowie niezależni różnią się od siebie, choć w przypadku karczmarza jakoś tak wyszło, że w każdym mieście i wsi wygląda identycznie. Lecz to tylko mały szczegół, który nie psuje zabawy. Pogoda i pora dnia zmienne są – pełny księżyc na nocnym niebie wygląda cudnie, podobnie jak podświetlone zachodem słońca krwistoczerwone chmury. Na minus jednak zaliczyłbym, że nawet w środku nocy wieśniacy nadal pracują na polu, a wszyscy stoją tam, gdzie stali.
Romantycznie
Kraina Ogantharu jest rozległa, na szczęście dla naszej wygody ma ona portale. Aby aktywować portal trzeba go odnaleźć (co jest teoretycznie łatwe, gdyż bije z niego w niebo słup energii, ale z drugiej strony często otacza go banda krwiożerczych obszarpańców). Po tym możemy już skakać z miejsca na miejsce, zaoszczędzając sporo czasu i nóg Aleksandra. Animacja teleportacji wykonana jest po prostu ślicznie i warto choćby dla niej samej spróbować tej gry.
Muzyka i dźwięki są również udane – każdy czar ma swój odgłos, szczęk oręża i krzyki zabijanych również. Podczas wędrówek towarzyszy nam epicka muzyka, podkreślająca fantastyczność gry. Szkoda tylko, że nie dano głosów postaciom podczas rozmów, a wszystko odbywa się za pomocą napisów. Podniosłoby to atrakcyjność zabawy.
Podsumowując
Ascension to the Throne to wspaniała zabawa, która przypadnie do gustu zarówno fanom rpg jak i wspominanych parokrotnie Heros`ów. Przygody Aleksandra odświeżają te nieco skostniałe w formie gatunki, wnosząc powiew świeżości i nowych rozwiązań. A ponieważ gra kosztuje tylko 30 PLN, wstyd jej nie mieć. A oprócz Ogantaru czekają na nas i inne krainy...
Zadyma
Tak więc, panie i panowie – do sklepów marsz, instalować grę i dalej, na podbój!
Plusy:
+ fabuła
+ prosty interfejs
+ bitwy
+ muzyka
+ świetna grywalność
Minusy:
- brak możliwości rozdzielenia oddziału
- czasem nielogiczne momenty – np. wybiliśmy wrogi oddział pod miastem, a po wejściu do miasta otrzymujemy misję zniszczenia go
Ocena ogólna: 9/10
Ascension to the Throne
Wydawca polski: Cenega Poland
Wydawca oryginalny: 1C
Data wydania polskiego: 3 sierpnia 2007
Data wydania oryginału: 12/2006
Tryb gry: Single player
Dostępna platforma: PC
Systemy operacyjne: Windows ME, Windows XP, Windows 2000
![]()
Uwaga: To jest stary temat
Ta dyskusja jest starsza niż 90 dni. Informacje w niej zawarte mogą już nie być aktualne


LinkBack URL
About LinkBacks


Odpowiedz z cytatem

Znajdziesz nas na: