Recenzja gry "Gladiator: Sword of Vengeance"


Morituri te salutant

Na imię masz Thrax. Gladiator Thrax. Niewolnik Thrax. Już niedługo, bo oto bowiem po wielu latach masz odzyskać wolność. Obiecał Ci to dobry cesarz Trajan, który jednak nigdy nie wrócił do Rzymu i nie spełnił swojej obietnicy. Zmarł śmiercią mniej lub bardziej naturalną. Nieważne. Nowym cesarzem zostaje Arruntius, który w swej diabolicznej wizji własnego imperium planuje przenieść stolicę z wiecznego Rzymu do Arruntium, jego miasta stworzonego w chorych imaginacjach, a musisz wiedzieć, że nie ma w nich miejsca dla Ciebie. Rozpoczynają się igrzyska, mające na celu udobruchać lud. Rzymianie pragną przecież tylko chleba i igrzysk. Proste? Nie, patrząc z punktu widzenia tych, którzy idą na śmierć. Ty drogi graczu masz za zadanie pokierować krokami Thraxa, który w pierwszych minutach gry trafi wraz z tobą do Koloseum, by tam odnaleźć swoje przeznaczenie. Śmierć.

Mors meta malorum

Odnajdujesz siebie, stojącego wśród Pól Elizejskich. Piękne miejsce, bardzo spokojne, lekki wiatr kołysze wysoką zieloną trawą. W tle przygrywa muzyka kojąca zagubione dusze. Wymarzone miejsce na koniec Twoich dni. Ale przecież to nie może się tak skończyć... i rzeczywiście: bliźniaczy założyciele Rzymu (to nie bracia Kaczyńscy składają Ci propozycję nie_do_odrzucenia: „proszą” Cię byś udowodnił swoje męstwo, byś stał się ich Championem, który wzmocni na nowo ducha Rzymu i będzie mógł walczyć z tyranią Arruntiusa i mrocznymi siłami, którym zaprzedał resztki człowieczeństwa. Nagrodą za pomoc jest powrót do świata żywych. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwa przygoda.

Mors certa, hora incerta

Wybaczcie mi ten przydługi wstęp, ale chciałem Was rzetelnie wprowadzić do świata gry Gladiator: Sword of Vengeance, stworzonej przez Acclaim, firmę widocznie zauroczoną filmem Ridleya Scotta. (a poza tym nie chciałem żeby Sir Alexander się czepiał) A świat ten jest bardzo bogaty: przyjdzie Wam zwiedzić rzymskie pałace, areny, których trybuny pękają w szwach od... hmm, starożytnych kibiców (dresiarstwa nie zauważyłem, Pola Elizejskie, krainę cyklopów, szkieletów i innego tałatajstwa... Speaking of what, że pozwolę sobie na pominięcie ustawy o ochronie języka polskiego, przeciwnicy są barwni, ruchliwi i zgrabnie umierają, a jest ich kilkanaście rodzajów, bo oprócz wspomnianych dwóch będziecie mieć do czynienia ze śmietanką towarzyską starożytnych czarnych charakterów. Kilka rodzajów gladiatorów (każdy walczy innym stylem i wyposażony jest w inną broń), grube demony o małych główkach, kilka rodzajów wodnych ludzi, kombinacja: szkielety cyklopów ()... i jako wisienki na tym deserze – mroczni bogowie: Phobos i Deimos. Co więcej wśród tych pospolitych nie_boskich przeciwników znajdzie się „szef”, albo inaczej – dziesiętnik, czyli dowódca pomniejszych oddziałów, silniejszy i sprawniejszy od swoich podopiecznych, co nie znaczy, że trudniejszy do zabicia. A jeśli chodzi o zabijanie to właśnie tych dziesiętników można likwidować w bardziej widowiskowy sposób: w momencie, gdy pasek życia takiego wroga zrobi się czerwony wtedy po naciśnięciu klawisza akcji odbywa się egzekucja, której przebieg uzależniony jest od rodzaju przeciwnika oraz od rodzaju broni, za pomocą której tej egzekucji dokonujemy (jest to krwawy, efektowny i zarazem bardzo efektywny sposób na wykończenie wroga).

Wspomniałem o broni. Są jej trzy rodzaje: miecz (jak dla mnie najskuteczniejszy), topór (rozmiarami przywodzący na myśl halabardę, a siłą i zasięgiem przewyższający pozostałe bronie), oraz ostrza na naramiennikach (najszybsze i najbardziej efektowne przy egzekucjach). W czasie gry odnajdziecie coraz to silniejsze wersję tych zabawek, te ostatnie są n a p r a w d ę fajne. Wspomagają naszą walkę ze złem również trzy boskie moce, które nabywamy dzięki „uprzejmości” Remusa i Romulusa, a które uaktywniają się po tym jak przelejemy odpowiednią ilość krwi (brzmi to dosyć abstrakcyjnie jeśli ma się w pamięci walkę ze szkieletami...). Ich połączenie i odpowiednie wykorzystanie w walce, oraz sprawne palce (sorry za rymowanie, ale mam to we krwi sprawią, ze nie przegracie żadnego pojedynku.

Rozgrywkę, która byłaby bez tego jeszcze krótsza (o tym za chwil kilka), urozmaicają różnego rodzaju znajdźki i pojedynki (niektóre nie są potrzebne do pójścia do przodu, ale na pewno się przydają) – te ostatnie polegają na wykończeniu wszystkich wrogów lub niszczeniu przedmiotów na arenie przed upłynięciem czasu na to przeznaczonego, gdzie zostajemy przeniesieni po modlitwie przy ołtarzykach, a zyskać dzięki takim walkom można między innymi zwiększenie naszej wytrzymałości, czy też trening w posługiwaniu się daną bronią.

Wszystkie nasze czyny pokazuje filmowa kamera. Co to znaczy? Kamera w każdej z lokacji (czasami bardzo ładnych, czasami niezłych, ale nigdy: kiepskich – to do Sir Alexandra) „zawieszona” jest w miejscu z góry upatrzonym przez twórców, co sprawia, że czasami może Wam się wydać, że gracie w interaktywny film. Stan ten przeszkadza tylko czasami... Warto zaznaczyć jedną rzecz dotyczącą G:SoV – NIE ma tu save’u w dowolnym momencie, co minusem jest tylko wtedy, gdy od jednego savepoint’u do drugiego jest długa droga, no ale takich miejsc nie ma wiele.

Mors tua vita mea

Wiele rzeczy można tej grze zarzucić: że jest brutalna, krwawa i bezmyślna, że ma takie sobie sterowanie (przydaje się joy albo pad), że jest krótka, że może doprowadzić do frustracji, ale na 100 % nie to, że ma brzydka oprawę audio-video. Efekty świetlne najlepsze jakie do tej pory widziałem (warto tu pamiętać o ostrzeżeniach o apopleksji, serio!), ruchy postaci i ich zachowanie są świetne (widać, że użyto technologii motion capture), wszystkie bardzo dopracowane i przemyślane (blado jedynie na tym tle wypada Arruntius). Największe różnice widać jednak w lokacjach, niektóre są bardziej dopieszczone od drugich, ale nigdy kiepskie (o czym to już napisałem powyżej). Dźwięk. Stal uderzająca o stal, krzyki zabijanych wrogów, wszystko fajne, a co najlepsze w tym wszystkim? Doskonale dobrane głosy aktorów, którzy poza tym świtnie zagrali swoje postacie... Muzyka... Cud, miód i orzeszki. Jeśli lubicie klimaty jak z filmu „Gladiator” to jestem pewien, że się Wam spodoba równie bardzo co i mnie.

Momenti est, quod delectat, aeternitatis, quod cruciat

Podsumowując... tfu, jakiego słowa użyłem, tfu... przecie ja już mam LO za sobą... Mam mieszane uczucia co do Gladiator: Sword of Vengeance. Z jednej strony strasznie mi się spodobał, wciągnął jak mało co, ale jednocześnie zdołował mnie swoja długością (a raczej krótkością: dokładnie - 8 godz. 50 minut gry), tym bardziej, że raczej do niego nie wrócę, do czego zniechęca mnie liniowość oraz brak jakiegokolwiek trybu multiplayer. Trudno mi jednak przychodzi postawienie krzyżyka na tym tytule, przecież to było bardzo przyjemne prawie_dziewięć_godzin...

Plusy:
+ oprawa audio-video
+ miododajność
+ filmowa fabuła (prosta jak konstrukcja cepa, ale przecież od siekanek nie wymaga się nawet tyle, brakowało mi tylko wątku miłosnego
+ odstresowuje
+ czasami: filmowa kamera

Minusy:
- krótka!
- może się okazać zbyt trudna dla nowicjuszy o sztywnych palcach
- nic tylko siekanie i siekanie
- sposób save’owania
- czasami: filmowa kamera

Ocena ogólna: 8/10
Gladiator: Sword of Vengeance
Wydawca oryginalny: Acclaim
Data wydania oryginału: 11/2003
Tryb gry: Single player
Dostępna platforma: PC
Systemy operacyjne: Windows 98, Windows ME, Windows XP
Uwaga: To jest stary temat
Ta dyskusja jest starsza niż 90 dni. Informacje w niej zawarte mogą już nie być aktualne