Recenzja gry "Sezon na Misia"
Tworzenie gier opartych na filmach animowanych stało się już niemalże rutyną przy tego typu produkcjach. Nie dziwota - w końcu jest to doskonała okazja do wykorzystania wspólnych wydatków marketingowych (dla wtajemniczonych efekt skali), a fabuła dla gry dana jest na tacy. Nigdy jednak nie stało się tak, aby popularność gry przyćmiła sukces (już prędzej porażkę) jej filmowego odpowiednika. Czy jest tak w przypadku "Sezonu na Misia"? Tutaj się tego nie dowiecie, gdyż niestety nie miałem przyjemności oglądać filmu, ale nie po to pewnie czytacie tą recenzję, tylko aby się dowiedzieć, czy "Sezon na Misia" będzie odpowiednim prezentem dla Waszej pociechy czy też rodzeństwa. Będzie. Dla Was zresztą też. Dlaczego? O tym dalej.
Gra rozpoczyna się nieco zakręconym snem niedźwiedzia Bogusia (klasyczne imię dla amerykańskich Grizzly, który jednocześnie wprowadza gracza w arkana podstaw sterowania. Ze snu tego wyrywa go jego Pani – leśnicza Beth. Otóż właśnie Boguś jest misiem domowym – mieszka w garażu, posiada telewizor oraz pluszaka, a jego obecność w miasteczku Timberline nie jest niczym zdrożnym dla jego mieszkańców. Cóż, poza jednym – myśliwym Shawem. Nienawidzi on Bogusia z całych sił i najchętniej uczyniłby z niego przykominkowy dywanik. A okazja przyjdzie wcześniej, aniżeli ktokolwiek sądził...
Nigdy więcej nie będę mieszać... Skrytożerca
„Parówkowym skrytożercom mówimy NIE”
Podczas pobytu w mieście Boguś spełnia dobry uczynek zwierzęcej solidarności – uwalnia jednorogiego jelonka Elliota z uwięzi. Ponieważ Elliot był zdobyczą Shawa, myśliwy ten osiąga kres swojej złości i poprzysięga Bogusiowi zemstę. Tej samej nocy Bogusia budzi dobijanie się do garażowej bramy. Oto jeleń Elliot, posługując się przechodzącym królikiem budzi swego wybawcę i wyciąga go „na miasto”. Cel – miejscowy supermarket. Zwierzaki dokonują wyżerki na czas, jednakże lokalne służby porządkowe szybko dopadają uciekinierów. Na ich szczęście kara okazuje się względnie surowa. Mimo błagań Beth, Boguś i Elliot zostają skazane na zesłanie do lasu. Dla Bogusia jest to próba jego udomowionej zwierzęcości, ale obaj bohaterowie nie wiedzą, że lada dzień rozpoczyna się tytułowy sezon na niedźwiedzie.
Cała gra składa się z kilkunastu plansz, dzięki którym poznawać będziemy kolejne aspekty sterowania naszym postacią, rozwijać Bogusia oraz wchodzić w sojusze z innymi mieszkańcami lasu. W trakcie wędrówki zmagać się będziemy z coraz to lepiej zorganizowanymi myśliwymi, aby na samym końcu zmierzyć się z największym wrogiem – Shawem. Wtedy to powrót do Beth stanie dla nas otworem. Początki gry cechują się wyraźną filmowością i podporządkowaniem pierwowzorowi, jednakże z każdą kolejną godziną uczucie to wyraźnie słabnie. Co natomiast warto podkreślić to dużo „miodu” i humoru. Gra zawiera bardzo dużo humorystycznych wątków, docelowo dla młodszych odbiorców, ale rodzice także powinni się ubawić!
Wstęp wzbroniony Leśna rewia mody
„Wszystkie Ryśki to porządne chłopy.”
Na początku rozgrywki obawiałem się, że "Sezon na Misia" będzie po prostu grą „idź przed siebie i zatłucz wszystkich”. W dużej mierze faktycznie tak jest, gdyż będziemy musieli przedostać się przez hordy wrogich nam myśliwych wykorzystując zabawnie wykonane ukrywanie się i przerażanie ich niedźwiedzim ryknięciem. W ramach dywersji zawsze można wykorzystać Elliota, który jest doskonałą bronią miotaną. Jednakże oprócz tych klasyków „Sezon...” kryje w sobie kilka ciekawych rzeczy – na szczęście twórcy gry wzbogacili fabułę i gameplay o kilka drobnych rzeczy, które cieszą.
Po pierwsze, Boguś jest postacią rozwijalną (ale do cRPGa daleko, co dość rzadko występuje w grach skierowanych do najmłodszych - za każde ukończone zadanie i zebrane bonusy gracz otrzymuje punkty rozwoju, dzięki którym można poprawić nasze osiągi w kategoriach rzucania, wytrzymałości lub siły ryknięcia. Co prawda zmiany nie są bardzo mocno odczuwalne, ale jest wyraźna zabawa w rozwijaniu postaci. W miarę postępów w grze pojawiać się nam będzie także wskaźnik „zezwierzęcenia” - Boguś powoli będzie przekształcał się w pełnoprawnego leśnego zwierza.
Dooobrrry Miś! Atrybut łosiości
„Zając Gotów?!”
Kolejną ciekawostką jest konieczność wejścia w konotacje z przedstawicielami innych zwierzątek dla uzyskania przejścia do dalszych plansz oraz wykorzystania przyjaciół w walce z naszymi oponentami. Choć wstępnie mogą one być nastawione negatywnie w stosunku do nas, to skuteczne wykonanie zadania (questu?!spowoduje wstąpienie ich w nasze szeregi. I tak zbierając gromadkę dzieci-skunksów otrzymamy możliwość rzucania dorosłymi egzemplarzami jako śmierdzącymi granatami obezwładniającymi, a pomoc w naprawie tamy profitować będzie przyjaźnią z bobrami. Oprócz nich napotkamy także rzucające orzechami wiewiórki, snajperskie zające oraz francuskie kaczki, którymi często, gęsto będziemy się wysługiwać w grze.
Część map oprócz nowych przygodowych wyzwań oferować też będzie małe przerywniki jak na przykład wyścig Elliota z konkurentem o poroże pięknej łani, obrona kaczego stawu, rafting na porywistej rzece lub też torpedowanie bobrami. Każda ukończona sekwencja otwiera nam dodatkowo drogę do siedmiu ciekawych mini-gier, które pozwolą jeszcze chwilę się pobawić z Bogusiem, Elliotem oraz innymi postaciami po ukończeniu gry. Jeśli jednak chodzi o Elliota, to niestety we właściwej grze jego postać stoi mocno na uboczu (ale można pobiegać z piłą motorowąi tylko jedna plansza została przygotowana wyłącznie dla niego, a nie ma możliwości decydowania którym bohaterem będziemy sterować. Pozostają więc tylko rzeczone mini-gry.
Innym miłym, a zarazem bardzo pożytecznym dodatkiem jest album Beth - zbiór ciekawostek, które znajdować będziemy w trakcie gry, dotyczących flory i fauny zamieszkującej leśne zakamarki. Bardzo duży plus ze względu na walory edukacyjne, jakie wnosi to do gry, choć uzupełnienie albumu wymaga niekiedy dużej spostrzegawczości.
Czyste RPG Nie chcem, ale muszem
„Miś na miarę naszych możliwości”
"Sezon na Misia" cechuje się bardzo kolorową grafiką, która jak ulał pasuje do konwencji i odbiorców gry. Oczywiście, nie należy spodziewać się wykorzystania DirectXa 10 i Vertex Shaderów w czwartej odsłonie, ale nie to przecież stanowi sedno tej gry. Wymagania jednocześnie nie należą do wygórowanych i w grę można zagrać nawet na sprzęcie wyposażonym w zintegrowaną kartę graficzną pokroju GMA 900. O muzyce można powiedzieć tylko tyle, że jest typowo filmowa, ale przez to dobrze pasuje do produktu i łatwo wpada w ucho. Gra jest w pełni spolszczona, co nie dziwi, gdyż aktorzy podkładający głos w filmie wystąpili także tutaj. Efekt jest bardzo pozytywny, co w połączeniu z częstymi wątkami humorystycznymi sprawia bardzo dużą przyjemność z gry, niezależnie od wieku – ot taki skuteczny odstres.
Walory relaksacyjne gry są jednakże niekiedy zaburzane przez kulejące sterowanie – wszystkie ruchy postaci wykonywane są za pomocą klawiatury, która w „Sezonie...” jest wybitnie niedokładna, a mysz służy wyłącznie obracaniu łbem postaci (na dokładkę nie ma możliwości regulacji ślimaczego tempa obrotu tegoż łba). Natomiast zaskakująco dobrze wypada praca kamery. Problemy ze sterowaniem objawiają się też w dwóch innych momentach. Pierwszy to sceny, gdy Boguś musi komuś pokiwać głową na znak akceptacji – o dziwo niezależnie jak mocno majta się mychą, postacie nadal nas popędzają z odpowiedzią (a kiwający się recenzent wykrzykuje „TAAAAK!!!”. Drugi przypadek to usuwanie jeżozwierza z bogusiowego zadka – należy w tym miejscu szybko wciskać strzałki klawiatury w odpowiedniej sekwencji, ale komputer nie zawsze je łapie, co dorosłego może doprowadzić do furii, a co dopiero z dzieckiem? Nie dopatrzyłem się natomiast innych sekwencji, które mogłyby się okazać zbyt trudne dla młodocianych graczy, ale kulawość sterowania może wywołać pewne trudności.
Gdzie wypłata?! Torpeda - OGNIA!
„Widzisz synku? Tak wygląda baleron!”
Co z nami, wiekowymi wygami? Czy my, którzy nabyliśmy często już odporność na zabawki techniczne, wodotryski graficzne i inne wyzwania logiczne (na to akurat jest więcej uodpornionych, jesteśmy jeszcze w stanie odnaleźć tą legendarną ROZRYWKĘ? Gdzie się podziały dawne gry, gdzie liczyła się czysta, nie zobowiązująca przyjemność?... Na konsolach! No a co z "pececistami"? Tu z odsieczą nadchodzą gry... dla dzieci. Dla dzieci. Zapamiętajcie to, bo nawet jeśli nie dręczą was jeszcze moje problemy, to za rok, dwa, pięć dopadną was one z całą brutalnością. W tym miejscu z całą powagą polecam „Sezon na misia” rodzicom, którzy sami lubią pograć w gry ich pociech.
„Sezon na misia” to gra porządna o walorach nie tylko rozrywkowych. Bez wątpienia zapewnia ona przyjemną rozrywkę na co najmniej 10 godzin, o ile wliczyć w to mini-gry. Jednakże za 79 złotych lepiej moim zdaniem zakupić encyklopedię komputerową i poczekać na obniżkę, której na pewno się jeszcze doczekamy. Mimo wszystko polecam zapoznać z wersją demonstracyjną gry, ja natomiast wracam do podziwiania leśnych ostępów wraz z futrzanymi przyjaciółmi.
Cytaty pochodzą z filmu pt. „Miś” Stanisława Barei. Podczas pisania recenzji nie ucierpiały żadne zwierzęta.
Plusy:
+ przyjemna i zabawna
+ kilka ciekawych usprawnień
+ walory edukacyjne
+ nie dzieli losu wielu nieudanych prób przeniesienia filmów w świat gier
+ niewielkie wymagania
+ mini-gry i animowane przerywniki
+ udane spolszczenie
Minusy:
- kulejące sterowanie
- za wysoka cena
- bez rewolucji w stosunku do innych gier tego pokroju, ale w końcu to tylko „produkt uboczny”
Ocena ogólna: 6.5/10
Sezon na Misia
Wydawca polski: Cenega Poland
Wydawca oryginalny: Ubisoft
Data wydania polskiego: 10 października 2006
Dostępna platforma: PC
Systemy operacyjne: Windows XP, Windows 2000
![]()
Uwaga: To jest stary temat
Ta dyskusja jest starsza niż 90 dni. Informacje w niej zawarte mogą już nie być aktualne


LinkBack URL
About LinkBacks


Odpowiedz z cytatem

Znajdziesz nas na: